kot

Z nudów

sięgnęłam po Remarque’a, którego uwielbiałam w dzieciństwie. Ta sama sentymentalna historia w innych dekoracjach. Mężczyzna w ostatnim rozkwicie młodości i śmiertelnie chora kobieta. Romans, o którym oboje wiedzą, że jest banalny i rozgrywa się na tle wszystkiego, co już było. Mimo tego, jego słowa uwodzą jak koniak, wódka czy calvados, którymi bohaterowie ciągle się raczą, czy leżą w sanatorium, ukrywają się przed gestapo w podrzędnych hotelikach, grają w szachy z Rosjanami (wszyscy Rosjanie nazywają się Borys). Wielkie słowa wpadające we frazesy, jednak zawsze bliskie temu, co i ja odczuwam jako Wirklichkeit, a czasem nawet jako Wahrheit. Są dwa odbicia Remarque’a – Clerfayt, który znajduje bezpieczeństwo w swoim suchym jak wiór cynizmie i Ravic, który odważa się poza ten cynizm wychylić. Clerfayt kocha cień kobiety, Ravic kocha ją całą (ale ma pecha, bo trafia na dietrichowską famme fatale). Remarque nie rozczarowuje jak Frisch, do końca jest gentelmenem. Uosabia mit przedwojennego Niemca, którego kultura i literatura wyrzuciły na swych falach daleko od Goebbelsa. Tak właśnie myślałam o Niemcach zanim zamieszkałam w ich cholernie porządnym kraju, gdzie nawet drzewa mogą rosnąć tylko na baczność z przyszytymi numerami. Ciekawe, że pisałam tam równie sentymentalne, cyniczne wiersze, czując się jak w więzieniu sanatorium i tęskniąc do prostych obrazków, jak ten z kotem.

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.